Rock & Klopp. Liverpool z przytupem kończy 2018 rok

+3
2018-12-31

Lider Premier League. 8 straconych bramek po 20 kolejkach. 7 punktów przewagi nad Manchesterem City i 9 nad Tottenhamem. Liverpool ma wszystko, by po raz pierwszy od 28 lat zdobyć tytuł mistrzowski. 

„You say you want a revolution”, śpiewali The Beatles. No i mają rewolucję. Liverpool wyśmienicie przeszedł świąteczny maraton gier w Premier League i zrobił milowy krok, by na wiosnę celebrować tytuł mistrza Anglii. Drużyna Jürgena Kloppa zwieńczyła niemal idealną połowę sezonu robiąc prawdziwy Blitzkireg londyńskiemu Arsenalowi. Przewaga na resztą stawki pozwala The Reds spać spokojnie i jest perfekcyjnym podsumowaniem całego 2018 roku, w którym liverpoolczycy byli jedną z najlepszych ekip Europy.

Kloppowi udało się wpoić drużynie, kibicom i całemu miastu swój styl. Rock & Klopp stał się stylem życia i muzyką, która błyskawicznie przyjęła się na brzegach Mersey i którą śpiewają w barze The Cavern Club. Co prawda Klopp przyszedł na Anfield ponad trzy lata temu i już wtedy zaczął przebudowę, nadając drużynie szybkość, wertykalonść i przede wszystkim futbol ofensywny, ale to właśnie w kończącym się 2018 roku idea Kloppa rozwinęła się w stu procentach.

Niemiec osiągnął cel opierając się na wielu filarach i perfekcyjnie opracowanym planie, który jednak wymagał odpowiedniego nastrojenia, by wydawany przez jego kapelę dźwięk był dokładnie taki, jakiego Klopp sobie zażyczył. Niemiec miał już w swoich szeregach wokal, gitarę i perkusję, czyli niesamowicie silny ofensywny tercet w postaci Salaha, Firmino i Mané, którzy bili rekordy w Lidze Mistrzów i zakończyli rok zdobywając w sumie 75 bramek. Egipcjanin stał się światową gwiazdą po fantastycznym ubiegłym sezonie i przewodzi trydentowi, który ma wszystko – szybkość, skuteczność i przede wszystkim doskonale się rozumie. To trydent, który potrafi rozszarpać każdą defensywę, o czym doskonale przekonał się kilka dni temu Emery i jego Arsenal.

W styczniu Klopp nabył dość wysoki bas. A dokładnie mierzący 193 centymetry. Przyjście Van Dijka do Liverpoolu dał drużynie coś, czego chyba najbardziej jej brakowało. Klopp zlokalizował najpoważniejsze zagrożenie, które groziło zawaleniem całej konstrukcji. Dzięki transferowi defensora klasy Van Dijka Klopp zadbał o fundamenty zespołu, który nawet z jakością Salaha, Mané i Firmino, ale bez odpowiedniego stopera, raczej niewiele by osiągnął.

Tak powstała drużyna, która dotarła do finału Ligi Mistrzów. I choć ostatecznie przegrała go z Realem Madryt, to nie był to koniec, tylko nowy początek. Lato przyniosło więcej niezbędnych zmian i wzmocnień. Doszła akustyka, kontrabas i klawiatura. Odszedł Karius, który ośmieszył się w finale Champions League w Kijowie, a w jego miejsce przyszedł Alisson, który ten moment staje na wysokości zadania. Klopp dostatecznie zadbał o szerokość kadry i sprowadził Shaqiriego, Fabinho oraz Keitę, którzy okazali się kluczowi w osiągnięciu sukcesu w pierwszej połowie sezonu. Szwajcar daje rozwiązania w spotkaniach, które nie pozwalają na otwartą wymianę ciosów. Brazylijczyk wnosi równowagę, a Gwinejczyk to płuca i praca drużyny.

To wszystko zmieniło Liverpool w maszynę, która straciła 8 bramek w 20 kolejkach Premier League, która ma 7 punktów przewagi nad Manchesterem City oraz 9 nad Tottenhamem i która ma na wyciągnięcie ręki tytuł mistrzowski. Pierwszy od sezonu 1989/1990. Pierwszy dla pokolenia, które wie, co znaczy królowanie w Europie, ale które nie ma pojęcia jak smakuje mistrzostwo Anglii.