„Piłkarska środa” z Maćkiem Murawskim: „Maskerano”„Cristianu Runaldu” i naleciałości z szatni, czyli język giętki

+1
2016-12-28

Jakie naleciałości z piłkarskiej szatni mogą przeszkadzać w pracy komentatora? Nazwisko którego piłkarza, wymawiane w oryginale, spowodowałoby wybuch śmiechu widzów i samego „Murasia”? Na jaki germanizm zwrócił mu uwagę Tomasz Smokowski? W drugim odcinku „Piłkarskiej środy” z Maćkiem Murawskim wcielamy się na chwilę w rolę profesora Jana Miodka i bierzemy na tapet język polski.

W pracy komentatora język polski jest bardzo ważny. Posiadam tytuł magistra, więc nie jest tak, że brakuje mi wykształcenia. Ale jestem magistrem ekonomii, nie skończyłem humanistycznego kierunku. Wprawdzie nie miałem nigdy problemów z mówieniem, jednak przez lata obecności w piłkarskiej szatni nasiąknąłem językiem, który nie do końca jest poprawny. Chciałem więc to zmienić. Zdaję sobie sprawę, że część widzów zwraca szczególną uwagę na język polski. Wydaje mi się, że odkąd zacząłem pracować w telewizji, bardzo go poprawiłem. Jak wspomniałem, na początku miałem dużo naleciałości z szatni piłkarskiej. Zdarzało mi się popełniać sporo gramatycznych błędów, jednak gdy się o nich dowiadywałem, starałem się je eliminować. Ekspertami są często byli lub obecni piłkarze. Nie skończyli humanistycznych kierunków, a dodatkowo przez wiele lat pobytu w szatni nauczyli się mówić w pewien specyficzny sposób. Na przykład zawsze mówiło się „krótki słupek” i „długi słupek”, a okazuje się, że to niepoprawne sformułowanie, ponieważ słupek może być „bliższy” lub „dalszy”. Tych naleciałości było tak dużo, że mógłbym o nich mówić i mówić.

Na przykład na początku pracy kilka razy „włanczałem” na wizji. Zawsze słyszałem to słowo, ale nigdy się nie zastanawiałem, czy jest ono poprawne. Potem sobie uświadomiłem, że przecież jest „włącznik”, więc od tego momentu zacząłem już włączać, a nie „włanczać”. Przez to, że grałem w lidze niemieckiej, komentowałem mecze Bundesligi na Eurosporcie i w pewnym sensie żyję też w Niemczech, mówiłem „ofenzywny” i „defenzywny”, co oczywiście jest błędem. Uwagę zwrócił mi Tomek Smokowski, że to germanizm, który w języku polskim jest niepoprawny. Kiedyś wydawało mi się również, że jest więcej alternatyw, ale zwrócono mi uwagę, że alternatywa może być tylko jedna. Jeśli jest więcej, mówimy o opcjach albo możliwościach. Uwagi od dziennikarzy są cenne. Są to ludzie, którzy pracują w zawodzie przez wiele lat, mają doświadczenie i wiedzę. To ich prawdziwa praca, do której się przygotowywali. Były piłkarz nie planuje pracy w roli eksperta. Planuje ewentualnie pracę jako trener lub dyrektor sportowy. To jest coś, co się po prostu zdarza – możesz wybrać, czy chcesz to robić. Jeśli już się zdecydujesz, powinieneś przygotować się do pracy jak najlepiej i pracować stale nad mankamentami.

Kiedy byłem piłkarzem, nie zwracałem uwagi na język komentatorów i ekspertów, nie wsłuchiwałem się również, w jaki sposób wymawiają nazwiska. Teraz, kiedy pracuję w telewizji już tyle lat, słucham komentarza również pod tym kątem. Na przykład Javier Mascherano może być wymawiany jako „Maszczerano”, „Maskerano” i „Maszerano”. Każda forma wydaje się poprawna, bo w Argentynie mówią tak, w Hiszpanii tak, a ze względu na pochodzenie nazwiska – jest to nazwisko włoskie – „Maskerano” brzmi chyba najbardziej poprawnie. Takie przykłady można mnożyć. Manuel Pellegrini jest Chilijczykiem, ale to również nazwisko włoskie, więc powinno być wymawiane „Pelegrini”. Słyszymy jednak również wersję „Pejegrini”, a w niektórych miejscach w Hiszpanii i Ameryce Płd. ludzie powiedzą „Peziegrini”. Kolejny przykład – De Bruyne. Jak wymawiać jego nazwisko? Po belgijsku, angielsku, czy po francusku? A jeśli zdecydujemy się na wymowę belgijską, to brać pod uwagę wymowę flamandzką czy walońską? Przez to, że zwracam uwagę na wymowę nazwisk, miewam niekiedy dylematy.

Cristiano Ronaldo w oryginale to „Cristianu Runaldu”. Ale gdybym powiedział w czasie meczu, że przy piłce jest „Cristianu Runaldu”, to momentalnie wybuchnąłbym śmiechem. A wraz ze mną śmiałaby się przed telewizorami połowa widzów. Uważam, że w Polsce przywiązujemy do języka komentatorów bardzo dużą wagę. Szanujemy tym samym widzów, dla których podczas transmisji język stanowi bardzo ważną rzecz. Na przykład w Niemczech komentatorzy nie zwracają aż tak dużej uwagi na poprawność językową, a jeżeli mają do czynienia z trudnym nazwiskiem, mogą wręcz poprosić, żeby na koszulce był „Kuba”, a nie „Błaszczykowski”.

W naszej redakcji często prowadzimy dyskusje, jak wymówić dane nazwisko. Czasami dyskusja potrafi trwać nawet kilka dni. Na koniec – gdy uważamy, że któraś forma jest najbardziej poprawna – ustalamy wspólną wersję i staramy się jej trzymać podczas pracy. Ale z tym bywa różnie, bo po jakimś czasie może się okazać, że mówimy jednak niepoprawnie. Tak było na przykład z Paixao. Na początku wszyscy mówili „Paiszao”, a okazało się, że poprawna wymowa to „Pajszą”. Nauka nigdy nie sprawiała mi problemów, natomiast zawsze miałem problem z nazwiskami i datami na historii – w ogóle nie mam do nich głowy, więc żebym zapamiętał nazwiska i je poprawnie wymawiał, muszę się czasami nieźle przygotować. Jestem tylko człowiekiem i zdarzają mi się pomyłki – mogę się przejęzyczyć, przekręcić nazwisko, zwłaszcza że podczas meczu skupiam się głównie na grze zespołów i poszczególnych zawodników, a do tego dochodzą emocje. Akurat nazwiska są w jakimś stopniu moją piętą achillesową. Mogę opisać mecz, który odbył się 20 lat temu, ale nazwiska pewnie poprzekręcam.

Na przestrzeni lat błędów było pewnie więcej, ale części po prostu nie pamiętam. Sporo spraw językowych poprawiłem, ale na pewno wciąż zdarzają mi się błędy, więc staram się je na bieżąco wyłapywać, zastępować je poprawnymi zwrotami i cały czas pracuję nad językiem.

Poza samym językiem równie istotna jest umiejętność włączania się w czasie meczu w odpowiednim momencie. Nie mogę zagadać przecież ważnej akcji. Na początku mówiłem dużo, a do tego często w nieodpowiednich momentach. Teraz staram się przede wszystkim skupić na tym, co dzieje się na boisku i na włączaniu się w mecz w odpowiedniej chwili. Tego wszystkiego człowiek uczy się podczas pracy. Myślę, że nie ma eksperta, który usiadł do pracy i z miejsca robił wszystko bardzo dobrze. Zwłaszcza że nie warto, moim zdaniem, porównywać eksperta, który był piłkarzem, do eksperta pracującego w roli dziennikarza. Dziennikarz, który nigdy nie grał w piłkę na poziomie seniorskim – bo w piłkę grał każdy, choćby na podwórku – może nie widzieć i nie czuć pewnych boiskowych rzeczy, które widzi i czuje piłkarz.

Ale ekspert-dziennikarz – a w naszej stacji w rolę ekspertów lig zagranicznych wcielają się także dziennikarze – znacznie lepiej włada językiem polskim. A ponadto zna swoją ulubioną ligę jak własną kieszeń, pasjonuje się nią na co dzień od wielu lat i często włada również językiem obcym tożsamym z tą ligą. To są dwa różne sposoby pracy i komentowania meczu. Mam wrażenie, że na tym polega podstawowa różnica. Piłkarz, który – tak jak w moim przypadku – był dodatkowo trenerem, może widzieć lepiej zachowania taktyczne zespołu niż ekspert, który tym piłkarzem lub trenerem nigdy nie był. Z drugiej strony ekspert-dziennikarz wie, co media w danym kraju piszą o klubie i różnych wydarzeniach, ma bardzo dużo statystyk i ciekawostek. Nigdy nie będę miał takiej wiedzy, mimo że również czytam i przygotowuję się do spotkań. Dlatego podczas transmisji można się fajnie uzupełniać.