1,6 tys. kilometów w arktycznych warunkach na pomoc zwierzakom

+2
2017-06-30

 Fot. Facebook RunDog Michał Kiełbasiński

Lubicie biegać? Ja nie bardzo – zdecydowanie wolę rower. Człowiek siedzi wygodnie, a (prawie) całą resztę robią przerzutki. Mimo wszystko biegam, zdając sobie sprawę jak korzystnie spożytkowany to wysiłek. Gdzieś tam w najlepszych momentach dochodziłem do 15 km i powoli myślałem o starcie w półmaratonie. Niestety potem zmieniłem pracę oraz miejsce zamieszkania i ani jedno, ani drugie nie pomogło mi w zachowaniu sprawności – bieganie po miejskiej dżungli oraz reżim w pracy jedynie uszkodziły mi kolana, z czym borykam się po dziś dzień. Nawet teraz, gdy pisze ów słowa lewe kolano woła, abym przestał w nie wbijać już ten gwóźdź. Skąd ten przydługawy i nazbyt osobisty wstęp? Ponieważ niniejszy artykuł będzie o bieganiu, a ściślej rzecz ujmując o ultramaratończyku z miasta Łódź, który ujął mnie swą postawą. Zresztą zobaczcie sami.

Michał Kiełbasiński, bo o nim tu mowa, jest jednym z najlepszych polskich biegaczy ultra i adventure racing. Od piętnastu lat startuje w maratonach, biegach na orientację, a ostatnio również w ultramaratonach i ekstremalnych zawodach adventure Racine. Na swym koncie zgromadził do tej pory niemal setkę startów w zawodach adventure na dystansach 100-700 km, w kraju i za granicą. Jednym słowem – NADWIŚLAŃSKI TYTAN! Nasz rodak o jakże szlachetnym sercu pokonał niedawno 1,6 tys. kilometrów, biegnąc samotnie przez Jukon i Alaskę w temperaturze dochodzącej do minus 45 stopni Celsjusza. Celem jego wyprawy „RunDOG”  było zebranie pieniędzy dla psów z polskich schronisk oraz przypomnienie światu, że warto pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują, a nie specjalnie potrafią o nią prosić.

Fot. Facebook RunDog Michał Kiełbasiński

Kiełbasiński wystartował 31 stycznia z Whitehorse na Jukonie, pokonując trasę najtrudniejszego na świecie wyścigu psich zaprzęgów Yukon Quest, będącym zarazem historycznym szlakiem poszukiwaczy złota z przełomu XIX i XX wieku. Ultramaratończyk biegł przez zamarznięte rzeki i jeziora – dziarsko pokonywał góry oraz zasypaną knieję. Temperatura, z jaką przyszło mu się zmagać w tych niekorzystnych warunkach spadała poniżej 40 stopni Celsjusza. Na domiar złego sanki, które ciągnął za sobą rozpadły się 16 mil przed metą! Lecz nasz słowiański zuch zwyciężył nad materią – pokonał trud oraz niekorzystną aurę, aby 4 marca, po przebyciu tysiąca mil (1,6 tysiąca kilometrów!) wkroczyć triumfalnie do Fairbanks – 30 tysięcznego miasteczka na Alasce. „Było ciężko i trudno. To była wielka przygoda; taka, którą można przeżyć tylko raz w życiu. Jestem szczęśliwy, że ją ukończyłem, ale jednocześnie jest mi smutno, że to już koniec”, powiedział bohater tuż po ukończonym biegu.

Głównym zamierzeniem wyprawy ultramaratończyka było nagłośnienie trudnej sytuacji panującej w polskich schroniskach oraz zebranie funduszy dla ich czteronożnych mieszkańców. Dlatego przed swoją wyprawą apelował, aby każda z kibicujących mu osób zadeklarowała wpłatę choćby 1 grosza za każdy przebiegnięty przez niego kilometr. Specjalne subkonto na ten cel utworzyła Fundacja Przyjaciele Braci Mniejszych. „Pies pracuje dla człowieka od setek lat – pilnuje jego dobytku, jest przewodnikiem, biega w zaprzęgach. Uważam, że nadszedł czas, by w symboliczny sposób powiedzieć tym zwierzakom «dziękuję»”, wyjaśniał w wywiadzie dla PAP przeprowadzonym przed wyprawą.

Dla Kiełbasińskiego nie była to pierwsza wyprawa po Jukonie. Dwa lata temu polski biegacz wziął udział w najtrudniejszym ultramaratonie świata Yukon Arctic Ultra na trasie 430 mil (700 km) z Whitehorse do Dawson City. Biegu jednak nie ukończył, gdyż po przebiegnięciu 150 km doznał ciężkich odmrożeń palców rąk i nóg. Jak sam wspomina, nie stracił ich tylko dzięki profesjonalizmowi lekarzy ze szpitala w Whitehorse. W takim miejscu jak Alaska zapewne nie był pierwszym, który trafił pod opiekę tamtejszych specjalistów z podobnym urazem. Po tej raczej średnio udanej przygodzie Michał Kiełbasiński postanowił wrócić na Jukon i dokończyć przerwany bieg, jednocześnie podnosząc poprzeczkę jeszcze wyżej. Zdecydował, że zamiast 430 mil, przebiegnie 1000 mil, w dodatku nie w zorganizowanym wyścigu, tylko w samotnym biegu, będąc zdanym wyłącznie na siebie. Na siłę mięśni i hart ducha. Efekt – ukończony bieg i puszczone w świat szlachetne przesłanie… wiadomo: „Polak potrafi”!

Fot. Facebook RunDog Michał Kiełbasiński

Michał Kiełbasiński podczas swoich biegów korzysta z odzieży termoaktywnej uznanej polskiej firmy odzieżowej Brubeck. Zachęcam was w tym miejscu do przejrzenia oferty sklepu hurtowniasportowa.net, gdzie znajdziecie produkty tejże firmy w naprawdę atrakcyjnych cenach. Sam wydałem niewielką fortunę na Brubecka, gdyż jakość tej firmy uzależnia. Dlatego z czystym sercem wam ją polecam.

Jurek Killer do swojego kumpla Siary Siarzewskiego onegdaj powiedział, że „twardym trza być, a nie mientkim”, dlatego podczas dzisiejszego biegania będę myślał o niesamowitym wyczynie tytana z Łodzi. Gdy zabraknie mi sił, wydobędę motywującą rezerwę płynącą z jego wyczynu. Na szczęście pada, toteż będę miał namiastkę tego, z czym Michał Kiełbasiński zmagał się podczas swojego ekstremalnego biegu! No i wypadałoby wspomóc schronisko – naprawdę niewiele potrzeba, aby wspomóc zwierzęcą brać za kratami. Zatem do kolejnego pobiegania i poczytania Przyjaciele!